Polski przemysł pod presją. A gdzie jest rząd?

To właśnie od tych liczb, porównań i wniosków powinno się dziś zacząć każdą poważną rozmowę o kondycji polskiego przemysłu. Bo zanim przejdziemy do politycznych deklaracji, strategii transformacyjnych i sporów ideologicznych, warto spojrzeć na podstawowy parametr decydujący o konkurencyjności przemysłu ciężkiego: koszt energii.

Huta, cementownia, zakład chemiczny czy papiernia nie konkurują sloganami o zielonej transformacji. Konkurują kosztem wyprodukowania jednej tony stali, cementu czy nawozów. A energia jest dziś jednym z najważniejszych składników tego kosztu.

W ostatnich miesiącach Komisja Europejska wykonała ruch, który jeszcze kilka lat temu wydawałby się politycznie niemożliwy. Zatwierdziła programy pomocowe dla przemysłu energochłonnego w Niemczech, Bułgarii i Słowenii w ramach Clean Industrial Deal State Aid Framework, czyli CISAF. To nie jest już kolejny dokument strategiczny pisany językiem unijnych deklaracji. To realny instrument umożliwiający państwom członkowskim subsydiowanie własnego przemysłu.

I właśnie tutaj zaczyna się problem Polski. Przez lata słyszeliśmy, że Unia Europejska ogranicza pomoc publiczną, że Bruksela nie pozwala wspierać przemysłu i że wspólny rynek wymaga neutralności konkurencyjnej. Tymczasem rzeczywistość gwałtownie się zmieniła. Komisja Europejska uznała, że europejski przemysł zaczyna przegrywać globalną konkurencję z USA i Chinami, a koszty transformacji klimatycznej mogą doprowadzić do deindustrializacji Europy. W efekcie rozpoczęto stopniowe luzowanie zasad pomocy publicznej.

CISAF jest właśnie efektem tej zmiany myślenia. Mechanizm został stworzony po to, aby państwa mogły czasowo obniżać koszty energii dla przemysłów energochłonnych, finansować ich transformację i zapobiegać ucieczce produkcji poza Unię Europejską. Komisja zgodziła się na system, w którym przedsiębiorstwa mogą otrzymywać wsparcie pod warunkiem reinwestowania części pomocy w modernizację i ograniczanie emisyjności.

To bardzo istotne, bo pokazuje zmianę filozofii Brukseli. Jeszcze kilka lat temu dominowało przekonanie, że rynek sam wymusi transformację energetyczną. Dziś Komisja Europejska otwarcie przyznaje, że bez aktywnej polityki przemysłowej Europa może utracić całe sektory gospodarki.

Paradoks polega jednak na tym, że ta sama Komisja Europejska jest jednocześnie autorem polityki klimatycznej, która doprowadziła do gigantycznego wzrostu kosztów energii w Europie. System ETS, czyli handel emisjami CO₂, oznacza konieczność kupowania uprawnień do emisji przez energetykę i przemysł. Koszty te zostały przerzucone na ceny energii. Do tego dochodzą koszty transformacji sieci, rozwój OZE, rezerwy mocy, obowiązki modernizacyjne i rosnące wymagania środowiskowe. W efekcie Europa sama podniosła koszty funkcjonowania własnego przemysłu do poziomów niespotykanych w wielu innych częściach świata.

W praktyce wygląda to tak, że europejskie zakłady konkurują z producentami z Chin, Indii czy Turcji, którzy funkcjonują przy znacznie niższych kosztach energii i często mniej restrykcyjnych regulacjach środowiskowych. Bruksela dostrzegła wreszcie, że bez mechanizmów osłonowych europejski przemysł może zwyczajnie nie przetrwać. Dlatego powstał CISAF.

Pytanie brzmi więc: skoro Unia Europejska daje dziś możliwość wspierania przemysłu, dlaczego Polska robi to tak wolno i na tak ograniczoną skalę?

Oficjalna odpowiedź rządu koncentruje się wokół kilku argumentów. Po pierwsze – ograniczenia budżetowe. Polska nie dysponuje taką przestrzenią fiskalną jak Niemcy, które mogą przeznaczać dziesiątki miliardów euro na ochronę własnej gospodarki. Po drugie – pomoc musi być zgodna z celami transformacji energetycznej. Po trzecie – administracja argumentuje, że wsparcie powinno być „celowane”, a nie powszechne.

Problem w tym, że przemysł nie funkcjonuje w perspektywie dekady, tylko bieżących rachunków za energię. Huta nie może czekać do 2035 roku na tani atom. Zakład chemiczny nie utrzyma produkcji dzięki obietnicy przyszłych inwestycji sieciowych. Decyzje o ograniczaniu produkcji lub zamykaniu instalacji zapadają dziś.

Coraz częściej pojawia się więc pytanie, czy problemem nie jest sama struktura polskiego państwa. Kompetencje dotyczące przemysłu energochłonnego są rozsiane między Ministerstwo Klimatu, Ministerstwo Rozwoju i Technologii, Ministerstwo Finansów, Ministerstwo Aktywów Państwowych, NFOŚiGW, PFR, URE i państwowe koncerny energetyczne. Każda z tych instytucji ma własne priorytety, własne interesy i własną logikę działania. Ministerstwo Finansów patrzy na koszty budżetowe. Ministerstwo Klimatu skupia się na dekarbonizacji. Spółki energetyczne walczą o finansowanie transformacji i utrzymanie rentowności. Przemysł oczekuje natomiast szybkiego obniżenia kosztów energii.

W efekcie państwo sprawia wrażenie sparaliżowanego wieloośrodkowością decyzyjną.

I tutaj dochodzimy do najbardziej drażliwego aspektu całej sprawy. Polski przemysł energochłonny przegrywa konkurencję między innymi dlatego, że płaci bardzo wysokie ceny energii. Ale ktoś na tym systemie zarabia. Są nim przede wszystkim państwowe koncerny energetyczne.

PGE, Tauron, Enea czy Orlen raportują wielomiliardowe EBITDA i stabilne wyniki finansowe. Szczególnie rentowne okazują się dziś segmenty dystrybucji energii, taryf regulowanych i usług systemowych. Oznacza to, że państwo występuje jednocześnie w dwóch rolach: jako właściciel energetyki korzysta z wysokich cen energii, ale jako państwo przemysłowe powinno walczyć o konkurencyjność gospodarki.

To fundamentalny konflikt interesów. Im wyższe ceny energii, tym większa presja na przemysł i tym lepsze wyniki części energetyki. Państwo znajduje się więc w sytuacji, w której stabilność finansowa kontrolowanych przez nie koncernów energetycznych zaczyna pośrednio konkurować z konkurencyjnością przemysłu.

Na tym jednak problemy się nie kończą. Sytuację dodatkowo pogorszyła decyzja Ukrainy o ograniczeniu eksportu złomu stalowego. Dla polskich hut oznacza to utratę ważnego źródła relatywnie taniego surowca. Jednocześnie ukraińscy producenci nadal korzystają z szerokiego dostępu do rynku europejskiego. Powstaje więc asymetria: polskie zakłady tracą dostęp do surowca, podczas gdy konkurencja nadal może eksportować gotowe wyroby do UE. W warunkach rosnących kosztów energii, wysokich kosztów ETS i słabnącej konkurencyjności taki ruch dodatkowo pogarsza pozycję polskiego przemysłu stalowego.

I właśnie suma tych wszystkich procesów zaczyna budzić coraz większy niepokój. Wysokie ceny energii. Koszty ETS. Rosnące wymagania klimatyczne. Powolność administracyjna. Brak szybkiego wdrożenia CISAF. Presja importowa. Problemy surowcowe. Nierówna konkurencja wewnątrz Unii Europejskiej.

To już nie wygląda jak pojedynczy problem regulacyjny. To zaczyna wyglądać jak systemowe osłabianie zdolności przemysłowych państwa. Oczywiście teza, że ktoś świadomie „chce zaorać polski przemysł”, jest publicystycznym uproszczeniem. Znacznie bardziej prawdopodobny jest scenariusz mieszanki ideologii klimatycznej, biurokratycznej bezwładności, rozproszenia kompetencji i braku strategicznej polityki przemysłowej.

Ale z punktu widzenia przedsiębiorstw efekt może być dokładnie taki sam. Europa coraz wyraźniej odchodzi dziś od dogmatu całkowicie wolnego rynku i wraca do aktywnej polityki przemysłowej. USA robią to poprzez Inflation Reduction Act. Chiny robią to od dekad poprzez ogromne subsydia państwowe. Niemcy i Francja również zaczęły chronić własny przemysł.

Pytanie brzmi: kiedy Polska zdecyduje, czy chce nadal być krajem przemysłowym, czy jedynie rynkiem zbytu dla produktów wytwarzanych gdzie indziej?

Jacek Srokowski