instytut@godulainstytut.pl
Ciepło pod presją. Polska znów sprawdza, czy wystarczy paliwa na zimę

Cztery lata po kryzysie węglowym Polska ponownie staje przed pytaniem o bezpieczeństwo ogrzewania. Malejąca krajowa baza wydobywcza, uzależnienie od importu i ograniczenia transportowe zbiegają się z napięciami na rynkach pelletu i gazu. Coraz wyraźniej widać, że wymiana kotłów bez zapewnienia dostępnego paliwa i przewidywalnych kosztów jego zakupu nie jest polityką bezpieczeństwa energetycznego.
Kryzys dostępności węgla opałowego ujawnił się z pełną siłą w 2022 roku, po rosyjskiej agresji na Ukrainę. Znaczna część rynku obsługującego gospodarstwa domowe była zaopatrywana przez rosyjskich producentów. Embargo przerwało utrwalone łańcuchy dostaw, zmuszając importerów do poszukiwania surowca w innych krajach, a państwo do organizowania interwencyjnych zakupów. Okazało się wówczas, że kraj posiadający własne kopalnie może mieć poważny problem z zapewnieniem mieszkańcom odpowiedniego opału.
Uruchomione dostawy z innych kierunków stopniowo złagodziły niedobory. Na rynek trafiły duże ilości węgla, odbudowano zapasy, a późniejsza dyskusja o nadmiernych zwałach stworzyła wrażenie, że zagrożenie zostało trwale zażegnane. Tymczasem zwiększenie zapasów nie usunęło strukturalnych przyczyn kryzysu. Krajowe wydobycie nadal malało, a import pozostał podatny na zakłócenia transportowe i zmiany sytuacji międzynarodowej.
Ostatnia zima przypomniała, jak szybko może zmienić się bilans paliwowy. Według IMGW średnia temperatura w Polsce w styczniu 2026 roku wyniosła minus 4,1 stopnia Celsjusza, o 3 stopnie poniżej normy wieloletniej. Mrozy zwiększyły potrzeby grzewcze i zużycie zgromadzonego paliwa. Wchodzenie w kolejny sezon z mniejszym buforem oznacza większą zależność od bieżących dostaw.
Polskie górnictwo od lat ogranicza skalę działalności. Państwowy Instytut Geologiczny podaje, że w 2025 roku wydobycie węgla kamiennego, według materiałów przekazanych przez użytkowników złóż, wyniosło około 38,7 mln ton i spadło o 3,6 proc. Był to czwarty kolejny rok spadku. Dane obejmują różne rodzaje węgla, ale kierunek zmian jest czytelny: krajowa baza produkcyjna się kurczy.
Dla odbiorców indywidualnych znaczenie ma przy tym nie tylko wielkość wydobycia, lecz także jego struktura. Współczesne mechaniczne urabianie, transport i przeróbka węgla prowadzą do powstawania dużej ilości drobnych frakcji. Udział kostki, orzecha czy odpowiednich groszków zależy również od właściwości pokładu i zastosowanych technologii. Nie można dowolnie zwiększyć produkcji grubych sortymentów samą decyzją handlową. Przesianie miału nie zamieni go w orzech.
Z analizy przedstawionej 13 października Radzie ds. Energii i Zasobów Naturalnych przy Prezydencie RP wynika, że zapotrzebowanie domów i małych kotłowni na węgiel opałowy oszacowano na 6,25 mln ton. Krajowe kopalnie miałyby dostarczyć około 2,77 mln ton, a import odpowiednich sortymentów około 1,8 mln ton. Różnica wynosi blisko 1,7 mln ton. To szacowana luka bilansowa, której ostateczna wielkość zależy od zapasów, kolejnych dostaw i pogody, ale skala rozbieżności wymaga reakcji wyprzedzającej.
Kazachstan i Kolumbia stały się ważnymi źródłami zaopatrzenia, jednak oba kierunki mają ograniczenia logistyczne. Dostawy kazachskie pozostają narażone na decyzje dotyczące tranzytu przez Rosję. Październikowe ograniczenie przewozów w kierunku Białorusi objęło również puste wagony. Zatrzymanie ich obiegu powoduje, że skutki blokady mogą trwać dłużej niż sam zakaz: po jego zniesieniu trzeba rozładować zatory i ponownie podstawić tabor pod załadunek.
Kolumbia pozwala dywersyfikować dostawy, ale droga od statku do domowej kotłowni jest długa. W modelu stosowanym przez część dużych importerów węgiel przypływa jako niesort, czyli mieszanina frakcji wymagająca dalszej przeróbki. Następnie jest przewożony na przygotowane place w głębi kraju, gdzie zostaje rozdzielony na produkty handlowe. Przywiezienie stu tysięcy ton niesortu nie oznacza więc uzyskania stu tysięcy ton opału do domowych kotłów.
W tym łańcuchu pojawiają się kolejne ograniczenia. Z informacji przekazanej przez dużego importera węgla kolumbijskiego wynika, że problemem staje się uzyskanie terminów wywozu koleją z Gdańska. Brak „slotów” może dotyczyć dostępnych tras pociągów, okien obsługi terminalu albo zdolności przewoźnika do zapewnienia całego transportu. Nie ma podstaw, aby utożsamiać każde takie zgłoszenie z ogólnopolskim brakiem wagonów. Dla odbiorcy skutek jest jednak podobny: paliwo znajduje się w porcie, ale nie dociera w wymaganym terminie do miejsca przeróbki i sprzedaży.
Tabor, przepustowość linii, obsługa stacji portowych i tempo załadunku powinny być zatem traktowane jako element bilansu bezpieczeństwa. Zastępowanie masowych przewozów kolejowych samochodami na długich trasach może zwiększać koszty i wymagać setek dodatkowych kursów. Ostatecznie rachunek za transport, przeładunki i przestoje zostaje uwzględniony w cenie opału.
Napięcia dotyczą również miałów energetycznych. Nie oznacza to jeszcze potwierdzonego powszechnego niedoboru dla elektrowni i ciepłowni, ale zwiększone zakupy energetyki oraz zużywanie zapasów ograniczają swobodę zaopatrzenia pozostałych odbiorców. Szczególnie ważne jest położenie mniejszych ciepłowni: potrzebują paliwa o określonych parametrach, a zakupy muszą pogodzić z możliwościami finansowymi i kosztami dostawy.
O zmianie sytuacji wiele mówi sama Polska Grupa Górnicza. Prezes Łukasz Deja zapowiedział we wrześniu wydobycie o ponad milion ton większe od planowanego oraz sprzedaż wyższą o prawie trzy miliony ton niż rok wcześniej. Jednocześnie poinformował, że zapasy spółki, wynoszące około dwóch milionów ton, mają do końca roku skurczyć się praktycznie do zera. Większa sprzedaż poprawia finanse producenta, ale z punktu widzenia bezpieczeństwa oznacza również zużywanie rezerwy. Wzrost wydobycia ponad plan nie jest tym samym co trwała odbudowa zdolności produkcyjnych.
W tym kontekście szczególnie wymowna była sprawa Andrzeja Gajewskiego, byłego prezesa Orlen Termika. Podczas konferencji ciepłowniczej w Międzyzdrojach ostrzegał, że przy powtórzeniu się mroźnej zimy problemem może być dostępność węgla. Jednocześnie zapewniał o zabezpieczeniu dostaw dla własnej spółki. Następnego dnia został odwołany. „Rzeczpospolita” wiązała tę decyzję z jego wystąpieniem; minister aktywów państwowych Wojciech Balczun zaprzeczył, aby wypowiedź była przyczyną dymisji, i zapewniał, że analizy nie wskazują na niedobór.
Ta sekwencja zdarzeń rodzi uzasadnione pytanie o przestrzeń do publicznego ostrzegania przed zagrożeniami w spółkach kontrolowanych przez państwo. Bezpieczeństwo dostaw wymaga, aby menedżerowie mogli przedstawiać niewygodne scenariusze. Nawet najbardziej stanowcze zapewnienie ministra nie zastąpi rezerw paliwa, harmonogramu dostaw ani przygotowanego transportu.
Ucieczka od węgla także nie gwarantuje spokoju. Część gospodarstw, pod wpływem uchwał antysmogowych i programów dotacyjnych, wybrała pellet. Dla mieszkańców bez dostępu do sieci ciepłowniczej czy gazowej był on często jednym z niewielu rozwiązań możliwych do zastosowania bez gruntownej przebudowy budynku. Dziś zakup nowoczesnego kotła może oznaczać uzależnienie od paliwa o trudnej do przewidzenia cenie.
Diagnoza UOKiK jest jednoznaczna: podwyżki pelletu wynikają z problemów systemowych, przede wszystkim z niedostosowania podaży do rosnącego popytu. W 2025 roku około 77 proc. wniosków o wymianę źródeł ciepła w programie „Czyste Powietrze” dotyczyło kotłów na pellet i drewno. Urząd nie stwierdził praktyk ograniczających konkurencję i wskazał rząd jako dysponenta narzędzi zaradczych. Jego prezes informował ministra energii o przyczynach problemu i możliwościach działania już w lutym, kwietniu oraz lipcu.
To istota pułapki, w której znaleźli się konsumenci: państwo pomogło sfinansować urządzenie, ale ryzyko zakupu paliwa pozostało po stronie rodziny. Problemem nie jest wyłącznie wysokość jednego rachunku. Chodzi o brak pewności, czy za rok ogrzewanie nadal będzie dostępne na warunkach, które uzasadniały inwestycję.
Również gaz nie daje automatycznej odpowiedzi. Według październikowej analizy Polskiego Funduszu Rozwoju europejskie ceny gazu na rynku spot były o około 140 proc. wyższe niż rok wcześniej, a dostawy do Europy pozostawały ograniczone. Polskie magazyny były niemal pełne, lecz ich pojemność odpowiadała około 15 proc. rocznego zużycia kraju. Wysokie napełnienie wzmacnia zabezpieczenie, ale nie uniezależnia od bieżącego importu ani europejskich cen.
Gaz może pełnić ważną rolę w lokalnych systemach i źródłach szczytowych. Masowe zastępowanie nim węgla oznacza jednak przeniesienie części ryzyka z krajowego wydobycia na międzynarodowy rynek paliwa. Oceniając inwestycję, trzeba uwzględnić koszt gazu podczas kryzysu, a nie tylko w spokojnym roku.
Trwalsza odpowiedź wymaga przebudowy organizacji zaopatrzenia w ciepło. W zwartej zabudowie miejskiej jednym z najważniejszych kierunków powinien być rozwój ciepłownictwa systemowego. Przyłączenie kolejnych budynków pozwala ograniczać niską emisję i uwalnia mieszkańców od samodzielnego kupowania opału. Przedsiębiorstwo ciepłownicze może łączyć różne źródła, organizować zapasy i zmieniać sposób produkcji bez wymiany instalacji w każdym mieszkaniu.
Sama rozbudowa rur nie wystarczy. Potrzebne są sprawniejsze źródła, modernizacja sieci, ograniczenie strat, wykorzystanie ciepła odpadowego i magazynowanie. Międzynarodowa Agencja Energetyczna wskazuje na rolę dużych pomp ciepła oraz kotłów elektrycznych współpracujących z magazynami ciepła. Podkreśla również znaczenie cen prądu i opłat sieciowych. Nowoczesny system powinien korzystać z wielu technologii, zachowując zdolność zapewnienia ciepła podczas największych mrozów.
Tam, gdzie budowa sieci byłaby nieuzasadniona, potrzebne są przewidywalne warunki ogrzewania indywidualnego. Jednym z narzędzi może być specjalna taryfa na energię wykorzystywaną do celów grzewczych. Polska ma już punkt wyjścia: wprowadzoną w 2018 roku taryfę antysmogową G12as, zachęcającą do ogrzewania elektrycznego dzięki preferencjom dla dodatkowego zużycia nocnego. Rozwiązanie nie było zastrzeżone wyłącznie dla pomp ciepła.
Warto rozważyć jego modernizację. Preferencja mogłaby obejmować określony zakres zużycia grzewczego, a dodatkowe korzyści premiować magazynowanie ciepła, pracę poza szczytem i możliwość sterowania poborem. Trzeba jednak uwzględnić również mieszkańców ogrzewających lokale zwykłymi grzejnikami, którzy potrzebują ciepła w ciągu całej doby. Dla nich wyłącznie nocna obniżka nie rozwiązuje problemu.
Taka taryfa wymaga osobnego pomiaru lub wiarygodnych zasad ustalania zużycia, określenia finansowania i analizy obciążenia sieci. Grzejnik oporowy zużywa znacznie więcej prądu na tę samą ilość ciepła niż prawidłowo pracująca pompa ciepła. Preferencja cenowa nie usuwa tego kosztu. Może jednak stać się elementem świadomej polityki społecznej i energetycznej, zamiast pozostawiać odbiorców z urządzeniami, których eksploatacji nie są w stanie udźwignąć.
Elektryfikacja ogrzewania wymaga również wystarczającej podaży energii i mocy w zimowym szczycie. W polskich warunkach oznacza to konieczność modernizacji nadal potrzebnych elektrowni i elektrociepłowni węglowych oraz inwestycji w kopalnie mające zapewniać im paliwo. Nie da się jednocześnie zwiększać zależności ogrzewania od prądu i pomijać stanu źródeł, które podczas mrozu muszą ten prąd dostarczyć.
Inwestycje górnicze powinny wynikać z realistycznych prognoz zapotrzebowania, oceny kosztów i produktywności zakładów. Muszą jednak wyprzedzać potrzeby o lata. Zaniechanych robót przygotowawczych nie odrobi się jesiennym apelem o zwiększenie wydobycia. Podobnie zdolności transportowych i nowych źródeł ciepła nie zbuduje się między pierwszym przymrozkiem a nadejściem zimy.
Polska potrzebuje spójnej polityki obejmującej paliwa, transport, sieci, budynki i koszty ponoszone przez mieszkańców. Jej najtańszym elementem pozostaje ograniczanie zapotrzebowania na ciepło przez termomodernizację i sprawne zarządzanie energią. Jej warunkiem jest natomiast uczciwy bilans tego, co rzeczywiście potrafimy wyprodukować i dostarczyć.
Jeżeli tej zimy uda się uniknąć większych niedoborów, będzie to dobra wiadomość. Nie będzie jednak dowodem, że system działa prawidłowo. Bezpieczeństwo ogrzewania powinno wytrzymywać próbę mroźnej zimy. Dalsze odkładanie decyzji sprawia, że za błędy w planowaniu coraz częściej płacą mieszkańcy — ceną opału, niepewnością dostaw i obawą o ogrzanie własnego domu.


