Bez taniej energii nie będzie silnej armii

Sytuacja na świecie zmienia się błyskawicznie, a napięcia na arenie międzynarodowej są dziś elementem dnia codziennego. Zagadnienia związane z konfliktami zbrojnymi, jeszcze niedawno traktowane jako odległa historia, dziś w obliczu pełnoskalowej agresji Rosji na Ukrainę, bezpośredniego zagrożenia dla wschodniej flanki NATO oraz eskalacji napięć na Bliskim Wschodzie z udziałem USA, Izraela i Iranu dała asumpt do wznowienia debaty na temat bezpieczeństwa obronności. Z racji na swoje geograficzne położenie i doświadczenia z przeszłości, Polska, od kilku lat konsekwentnie buduje swoją pozycję jako europejski lider w dziedzinie bezpieczeństwa i obronności. Nasz kraj wydaje na wojsko rekordowe w skali NATO środki (niemal 5% PKB), modernizujemy armię, a także zabiegamy o stałą obecność wojsk amerykańskich na naszym terytorium. Te działania wyraźnie pokazują, że bezpieczeństwo jest dla Polski absolutnym priorytetem.

Należy jednak pamiętać, że potęgi militarnej i silnego przemysłu zbrojeniowego nie da się zbudować wyłącznie dzięki wielkim pieniądzom, nowoczesnym technologiom czy wsparciu sojuszników. Kluczowy jest element, który na co dzień traktujemy jako coś oczywistego, a którego brak może bezpowrotnie zaprzepaścić dotychczasowe działania. Nie stworzymy silnej i skutecznie odstraszającej armii bez taniej, stabilnej, bezpiecznej i łatwo dostępnej energii. Nowoczesna obronność to przecież nie tylko dobrze wyszkolony żołnierz i nowoczesny sprzęt,  to przede wszystkim potężny, energochłonny przemysł, odporna sieć przesyłowa oraz zdolność państwa do działania w warunkach głębokiego kryzysu surowcowego i energetycznego.

Trzeba przestać traktować energetykę jedynie jako tło dla działań wojska. Jak wynika z briefingów Departamentu Politycznego ds.Transformacji, Innowacji i Zdrowia Parlamentu Europejskiego z grudnia 2025 roku przygotowanych dla Komisji ITRE energia stała się kluczową zmienną strategiczną, która bezpośrednio wpływa na gotowość bojową i odporność państwa. Współczesny konflikt zbrojny jest ekstremalnie energochłonny na każdym swoim etapie. Na poziomie całej Unii Europejskiej sektor obronny zużywa energię na skalę porównywalną z zapotrzebowaniem małego państwa członkowskiego, osiągając w bazowym ujęciu referencyjnym Europejskiej Agencji Obrony (EDA) roczne zużycie rzędu ponad 40 000 GWh. Dla porównania, całkowite zużycie energii w 2017 r. wyniosło 45 936 GWh dla Łotwy, 17 759 GWh dla Cypru i 56 255 GWh dla Słowenii. Sektor obronny charakteryzuje się przy tym wysokim udziałem paliw kopalnych w strukturze zużycia. Płynne paliwa kopalne odpowiadają za aż 52% całkowitego zużycia energii w obronności, z czego 63% przypada wyłącznie na paliwa lotnicze niezbędne do utrzymania operacji sił powietrznych. Paliwa grzewcze (głównie gaz ziemny i oleje opałowe) stanowią dalsze 32% zużycia, służąc utrzymaniu baz wojskowych i infrastruktury logistycznej, a energia elektryczna zasila fabryki zbrojeniowe, ośrodki badawcze i polowe systemy dowodzenia

Ta głęboka zależność staje się bezpośrednim zagrożeniem w zderzeniu z europejską polityką klimatyczną. Z raportu Międzynarodowej Agencji Energii (Electricity 2026) wynika, że europejski przemysł zmaga się z ogromną barierą konkurencyjną. Średnia hurtowa cena prądu w Unii sięgała w 2025 roku około 95 USD za megawatogodzinę, napędzana cenami gazu oraz kosztami uprawnień do emisji CO₂ (średnio 75 EUR za tonę w systemie EU-ETS). To dwa razy drożej niż w Stanach Zjednoczonych i o połowę drożej niż w Chinach czy Indiacach. Dla przemysłu ciężkiego w Europie, w tym dla zbrojeniówki nie są to dobre informacje.

Produkcja wojskowa opiera się na procesach pochłaniających gigantyczne ilości energii: hutnictwie stali pancernej, odlewnictwie, obróbce trudnych metali, chemicznej produkcji materiałów wybuchowych czy wytwarzaniu mikroelektroniki. Drogi prąd i gaz oznaczają drastycznie wyższe koszty produkcji amunicji, czołgów i rakiet. W efekcie za te same pieniądze kupujemy po prostu mniej sprzętu. Tworzy to wyraźną przewagę dla USA czy azjatyckich państw. Na przykładzie Stanów Zjednoczonych widać to jak na dłoni, Amerykanie opierają swoją potęgę na tanich surowcach krajowych, takich jak: ropa łupkowa, gaz ziemny, miedź, beryl czy żyzne gleby. Z kolei Europa dusi się w pętli własnych restrykcji, importując w 2024 roku aż 85,6% zużywanego gazu.

Patrząc z perspektywy Polski, wyzwania te nakładają się na specyficzne problemy polskiego sektora energetycznego. Z opublikowanego przez Komisję Europejską raportu dla Polski (2026 Country Report – Poland) jednoznacznie wynika, że polska gospodarka pozostaje silnie oparta na węglu, co wbrew unijnym naciskom stanowi nasz naturalny atut stabilności, o ile nie zostanie zniszczony przez presję dekarbonizacyjną. Wyjątkowo intensywny wzrost nakładów na obronność – doprowadzający deficyt sektora finansów publicznych do poziomu 7,3% PKB w 2025 roku oraz podbijający dług publiczny w kierunku 68,3% PKB w 2027 roku nakłada na nas wręcz obowiązek odrzucenia kosztownych dogmatów klimatycznych. Bez oparcia polskiego przemysłu zbrojeniowego, w tym kluczowych zakładów takich jak Huta Stalowa Wola, MESKO czy Zakłady Mechaniczne Bumar-Łabęd  na stabilnej, taniej energii z węgla, znaczna część rekordowego budżetu wojskowego zostanie pochłonięta przez sztucznie napompowane marże dostawców energii oraz wysokie opłaty emisyjne.

Doświadczenia z ostatnich lat wyraźnie pokazują też, że infrastruktura energetyczna stała się jednym z pierwszych celów ataków hybrydowych i konwencjonalnych. Doktryny NATO z 2024 roku jednoznacznie wskazują, że odcięcie dostaw energii paraliżuje wojsko. Wojna na Ukrainie udowodniła, jak bezwzględnie Rosja niszczy elektrownie, sieci przesyłowe oraz podwodną infrastrukturę krytyczną (na której ochronę NATO powołało specjalne centrum morskie przy dowództwie MARCOM). Paraliż cywilnej sieci energetycznej oznacza natychmiastowe odcięcie zasilania dla sztabów dowodzenia,łączności, logistyki i zakładów naprawczych. Nie wolno też zapominać o prostej prawdzie: w warunkach gospodarki wojennej surowce takie jak węgiel czy węgiel koksujący odzyskują swoje strategiczne znaczenie. Bez nich nie da się wyprodukować wysokiej jakości stali pancernej. Pancerze pojazdów, lufy armatnie, elementy obrony przeciwlotniczej – to wszystko wymaga stali i specjalnych stopów. Przerwanie krajowego łańcucha węgiel–stal–zbrojeniówka pod hasłem szybkich zmian ekologicznych mogłoby w razie kryzysu całkowicie sparaliżować państwo, zanim pierwsze maszyny w ogóle zjadą z taśm produkcyjnych.

Zbudowanie naprawdę silnej i odpornej armii wymaga realistycznego podejścia do energetyki i postawienia na własne zasoby. Po pierwsze, Polska musi chronić swój przemysł zbrojeniowy przed skutkami polityki klimatycznej, opierając go na tym,co realnie posiada na węglu i stabilnych źródłach krajowych. Po drugie, należy rozwijać Unijną Strategię Gromadzenia Zapasów (EU Stockpiling Strategy), budując realne rezerwy surowców i kluczowych komponentów. Po trzecie, wojsko musi inwestować we własne, niezależne mikrosieci (smart microgrids) i systemy zasilania wyspowego w bazach, by zagwarantować ciągłość dowodzenia w razie awarii głównej sieci.

Kupowanie setek czołgów, samolotów i wyrzutni rakietowych bez zabezpieczenia ich fundamentu, czyli taniej i stabilnej energii z własnych surowców to budowanie zamku na piasku. Najnowocześniejsze uzbrojenie stanie się bezużyteczne, gdy zabraknie prądu w sieci, fabryki nie będą miały jak produkować amunicji, a polskie kopalnie zostaną wygaszone. Polska ma szansę mądrze wykorzystać historyczny budżet na obronność, stawiając na suwerenność energetyczną. Tylko wtedy nasza armia stanie się prawdziwym i nienaruszalnym filarem bezpieczeństwa w Europie.